piątek, 2 lutego 2018

Hej

      Zawsze, widząc tego typu post na jakimś blogu, traciłam odrobinę szacunku do autora. Tak, tak było.
      Niezależnie od tego jak bardzo kochałam daną historię post pożegnalny albo mówiący o zawieszeniu bloga powodował u mnie niesmak. Nie zawód. Niesmak. Byłam przekonana, że to mało profesjonalne. Jak śmiesznie by to nie brzmiało. Przecież to tylko blog - fanowska twórczość w internecie. Wiem jednak, że dla wielu z Was to coś więcej. I dla mnie też, nieważne czy jako dla autorki czy czytelnika. Sama uwielbiam czytać fiki i jestem w stanie je pochłaniać niczym dobrą książkę, tym bardziej, że niektórzy autorzy są naprawdę utalentowani.
      Fani tworzą przepiękną społeczność a fandom potrafi być motywacją i wsparciem. Niestety ja już nie znajduję tego w tym opowiadaniu. A muszę przyznać, że pisanie go było dla mnie trochę terapeutyczne. Ale od dawna już tego nie czuję. I jest mi wstyd jeśli dałam kiedykolwiek komuś nadzieję, że opublikuję następny rozdział. Sama też w to wierzyłam, nie wodziłam Was specjalnie za nos. Wiem jak to jest czekać na kontynuację, która nigdy nie nadchodzi.
      Przepraszam też każdego, który nigdy nie doczekał się mojej odpowiedzi. Nie będę Wam wciskać kitu, bo nie lubię zmyślać. Poza tym lubię myśleć, że relacja między autorem a czytelnikiem jest wyjątkowa i obie strony zasługują na szacunek i szczerość. I dlatego w ogóle piszę to wszystko. Nie wiem czy wyraziłam się już wystarczająco jasno, ale tak - jest to post pożegnalny.
      Nie chcę, żeby ktoś odwiedzając kiedyś ten adres pomyślał "Ech, kolejne porzucone Jily". Ani Wy ani postacie nie zasługują na bycie porzuconymi. I nie jest to blog porzucony, ponieważ przez cały ten czas od opublikowania ostatniego rozdziału o nim myślę. Nie macie pojęcia ile łez wylałam hodując u siebie wyrzuty sumienia, że nie mogę nic napisać. Bo naprawdę nie mogłam. A może ktoś czeka? Chyba nawet mam zaczęty Rozdział 29, ale naprawdę pomimo moich chęci nie mogłam go skończyć. Tak samo nie mogłam znieść myśli o opublikowaniu czegoś słabego. Chociaż nigdy nie uważałam siebie za specjalnie utalentowaną. Może to dlatego nigdy nie dokończę tego bloga, może brakuje mi wiary w siebie. A może po prostu zbyt bardzo zmieniłam się jako jednostka.
      Gdy zakładałam bloga byłam w gimnazjum. Teraz studiuję. Minęło sporo lat, wiele się wydarzyło, dowiedziałam się o sobie kilku rzeczy. I niedawno dopiero doszłam do wniosku, że to opowiadanie nie jest czymś z czego do końca jestem dumna. Dumna mogę być jedynie z tego jak pokierowałam postaciami, szczególnie w ostatnich rozdziałach. Uwielbiam Ann i jej relację z Syriuszem, ale nawet ja już nie pamiętam szczegółów tego jak to się miało skończyć. Pierwsze rozdziały były po prostu słabe a pomysły brały się z księżyca. Nie usunę stąd nic, bo lubię myśleć, że widać może chociaż jakiś mały progres jaki zrobiłam w pisaniu. No i jest to jednak kawałek mojego życia, który zawsze będę dobrze wspominać.
      Chciałabym myśleć, że coś jeszcze kiedyś napiszę. Gdybym zaczynała pisać to opowiadanie teraz, mając tę wiedzę o sobie i o świecie jaką mam teraz, byłoby takie samo, ale jednak inne.
      Wprowadziłabym kilka zmian, naprawiła problemy, na które ostatnio zwracam uwagę. Postacie byłyby takie same, miały te same charaktery, ale z pewnymi ulepszeniami. Miałyby różne kolory skóry i nie były jedynie hetero a żeńskie postacie byłyby bardziej ludzkie, normalne i niezależne. Chyba dlatego Oczami Rudzielca budzi we mnie tyle sprzecznych emocji. Bardzo ten blog jest heteronormatywny i zamknięty w jednym sposobie postrzegania świata. Nie lubię tego. Bardzo.
      Mimo to Harry Potter był dużą częścią zmian jakie we mnie zaszły. Otworzył pewne drzwi, które otworzyły następne a te znowuż kolejne i kolejne. Chcę, żeby tak zostało, żeby to nadal był bajkowy element mojego nastoletniego życia. Niestety ostatnie wydarzenia z panią Rowling rzucają duży cień na te doświadczenie i pewne etapy życia jest dobrze za sobą zamknąć.
      Nie lubię zmian, boję się ich i to jest straszna cecha charakteru. Pewnie dlatego tak długo zeszło mi, żeby napisać to, co napisałam dzisiaj. Łudziłam się, że to coś zmieni, ale przecież tak naprawdę nie zmienia nic. Oprócz tego, że jestem z Wami szczera i mówię wprost - zostawiam ten blog, to opowiadanie, tego fanfika za sobą. Oczami Rudzielca to już przeszłość. Lubię ją i nie lubię zarazem.
      17 stycznia otrzymałam komentarz, który bardzo mnie poruszył. Czytałam go, jadąc rano, chyba na jakieś zaliczenie, i zaszkliły mi się oczy. Schowałam więc szybko telefon i starałam się to wypchnąć ze świadomości. Wieczorem tego samego dnia wrócił do mnie i od tamtej pory chciałam zrobić coś. Zajęło mi to trochę czasu, ale nigdy nie twierdziłam, że jestem szybka. Tej osobie należą się wielkie podziękowania, bo to co napisała jest czymś, co chyba każdy kto cokolwiek kiedyś napisał chciałby usłyszeć.
      I tak tradycyjnie to wow! Zawsze słowotok. To miał być szybki post/ogłoszenie...
      Teraz zamierzam iść poczytać stare komentarze i trochę sobie popłakać.
      Dziękuję każdemu, kto poświęcił temu fikowi chociaż odrobinę czasu. Dziękuję każdemu, kto poświęcił jeszcze więcej czasu, żeby skomentować. Dziękuję tym osobom, z którymi złapałam przez jakiś czas pewien dłuższy kontakt. Strasznie żałuję, że nie umiem utrzymywać kontaktów z ludźmi. To druga najgorsza cecha mojego charakteru.
     Życzę Wam dobrych, długich fików i autorów, którzy potrafią poprowadzić historię do końca.
~Kmits.

piątek, 3 czerwca 2016

28. Wszystko, co potrzeba

Nie mogę uwierzyć, że ten rozdział cały czas czekał w wordzie na opublikowanie. 
Chciałabym wrócić teraz do pisania bloga. 
Możliwe, że nie znajdzie się nikt kto jeszcze chciałby go czytać, ale chcę spróbować.




To twoja wina.

Twój pomysł.

Powinnaś być na ich miejscu.

Twoja wina.

Słowa zdawały się wirować coraz szybciej, zajadlej, boleśniej i głośniej. Lily drgnęła nerwowo, zaciskając we śnie powieki.

Twoja wina.

Impulsywnie zwinęła się ciaśniej w kulkę i zacisnęła palce na kołdrze aż pobielały. Oddech łapała płytko.

Twoja wina.

Zduszony bolesny jęk odbił się od ścian zbyt dużego, jak na jej, pokoju. Cała drżała. Dreszcze nie dawały jej normalnie oddychać. Przy każdym wdechu gardło zaciskało się bardziej co wywoływało mały atak paniki. Mięśnie ją tam bolały jakby znowu płakała cały dzień. Z nową falą dreszczy uświadomiła sobie, że na policzkach ma wyschnięte ślady łez. Jęknęła żałośnie i przekręciła się na plecy. Starała się uspokoić biorąc głębokie i spokojne wdechy, ale to wywołało jedynie mdłości i mocne przeczucie, że zwymiotuje lada chwila. Odkopała kołdrę, która okręciła się wokół niej nieprzyjemnie, zapewne gdy się rzucała przez sen. Zanim się z niej wydostała pojawił kolejny napad dreszczy i falę mdłości. Wyczołgała się na podłogę, gdzie schowała twarz w miękkim dywanie i zakwiliła żałośnie. Włosy dostały jej się do ust, gdzie zmieszały się ze śliną, której nie potrafiła kontrolować nawet gdyby chciała. W tej chwili nie wiedziała już czemu płacze, co powoduje taki ból w sercu, uścisk w brzuchu i dreszcze.
Po pewnym czasie, gdy łzy nie chciały już lecieć, podniosła powoli głowę. Powoli, bo jej głupi kręgosłup trząsł się wysyłając bolesne skurcze do całego ciała. Pierwszym co zauważyła było szarawe niebo za wielkim oknem. Pojawiający się leniwie świt utwierdził ją w tym co i tak podświadomie wiedziała. Nie była w swoim pokoju tylko tym u Potterów. Tym, który wybrała sobie wczoraj wieczorem i James powiedział, że jest jej i zostanie w nim tyle ile będzie chciała.
Niezdarnie podciągnęła się na kolana do pozycji klęczącej. Ostrożnie, bo czuła się osłabiona jak w gorączce. Dźwignęła się na nogi, opierając o łóżko. Uda jej zadrżały, gdy zrobiła kilka pierwszych kroków i myślała, że upadnie. Spoconą dłonią przekręciła klamkę.
Korytarz był ciemny i obcy. Przełknęła łzy. Śledząc dłońmi ścianę dała jakoś radę znaleźć drzwi. Otworzyła je i wślizgnęła się do środka jak najciszej, zamykając za sobą. Zasłony w oknach Jamesa nie były zaciągnięte i szybko go zlokalizowała. Przez moment nie ruszyła się, niepewna po co tu w ogóle przyszła. Zrobiła to bezwiednie. I nagle wezbrało w niej poczucie nienawiści do samej siebie. Zacisnęła powieki, kręcąc głową. Czego jeszcze od niego może chcieć? Pocieszał, przytulał, mówił co chciała usłyszeć – Merlinie – nawet przygarnął ją pod swój dach, dał jej wszystko. A ona była niewdzięcznicą, która chciała jeszcze więcej i więcej. Powinna nie dać mu tego żałować, zasłużyć jakoś na tą miłość. Robić śniadania i czekać aż wstanie, uśmiechać się i całować do momentu, gdy poczuje, że zasłużyła na Jamesa Pottera.
Odwróciła się zamaszyście by wyjść. W tym momencie usłyszała ruch i przeciągły, zadowolony pomruk. Obudziłaś go, obudziłaś, obudziłaś, ty mała niewdzięcznico…
- Lily? Mmm, miły widok z rana.
Och, czyli może nie jest tak do końca źle. Może uda jej się odrobinę odpłacić.
Odwróciła się do niego twarzą. Panika znów zagościła w jej brzuchu. James wyczuł to. Zmienił pozycję z rozluźnionej do siedzącej i spiętej. Uśmiech natychmiast zamieniając w troskę. Objęła się ciasno i potarła nerwowo ramiona, uciekając wzrokiem.
- Lily, chodź tutaj. No, chodź. – Szybko posunął się i zrobił jej miejsce, pospieszając dłonią. Po chwili zawahania poddała się i wdrapała na łóżko. James od razu wziął w swoje ręce jej policzki i przestudiował jej twarz. Marszcząc czoło, przeciągnął kciukami po śladach łez, na co westchnęła z zawstydzeniem. Pokręcił głową i pocałował ją delikatnie w czubek głowy. Zatopiła się w tym dotyku, czując jak ciepło nieśmiało rozpływa się po jej wymęczonych mięśniach. Nim się zorientowała leżała przytulona plecami do klatki piersiowej Jamesa. Objął ją w pasie i splótł ich palce ze sobą. Jego spokojny oddech owiewał jej szyję i niedługo oddychali jednym rytmem.
Może po godzinie Lily przestała się trząść. James starał się ukryć ziewnięcie, chowając twarz w poduszkę.
- Powinieneś się jeszcze przespać – wychrypiała Lily.
- Tylko jeśli obiecasz, że ty też spróbujesz. – Jego głos był kojący, ale ledwo słyszalny, gdy układał się wygodniej, ciaśniej obejmując Lily.
- Oczywiście – zapewniła gorliwie, chociaż i tak wiedziała jak to się skończy.
Zamknęła oczy i udawała, że śpi, żeby James mógł złapać jeszcze godzinkę czy dwie snu. Wyrównała i spowolniła oddech. Obecność Pottera pomagała. Bardzo. Był ciepły jak piec i trzymał ją w ciasnym uścisku. Jak by mówił: spokojnie, już dobrze, nie zostawię cię samej. Udało się go trochę oszukać i gdy słońce rozjaśniło pokój poczuła miękkie usta na policzku. Uchyliła powieki i zobaczyła nad sobą twarz Jamesa. Włosy miał poczochrane jak zwykle a na policzku odbiła mu się poduszka. Uśmiech sam cisnął jej się na usta na ten widok.
Pokiwała głową, gdy zapytał czy ma ochotę na śniadanie. Powiedział też, że nie musi się ubierać jeśli nie ma takiej ochoty. On nie zamierzał tego robić. Gdy schodzili na dół James cały czas trzymał ją za rękę i Lily zrobiła z tego swoją kotwicę. Dopóki James był w zasięgu wzroku lub ręki wszystko wydawało się być dobrze. Mięśnie nie były spięte a serce jakieś lżejsze. I chociaż wcale nie miała ochoty na jedzenie to zjadła wszystko co przygotował James, no bo cóż – przygotował to James.
Lily zazwyczaj dni spędzała na pomaganiu Dorei. Chociaż stwierdzenie, że to pomoc było mocno naciągane. Prędzej zostawiała prace w połowie zrobione. Nikt jej nie pospieszał, nikt od niej niczego nie wymagał. Dorea była naprawdę kochana i wyrozumiała, traktując Evans trochę za bardzo jak małe dziecko. Powodowało to, że coś w Lily niebezpiecznie drgało ze zdenerwowania i nie minęło wiele czasu, nim zaczęła unikać pani Potter z obawy, że wybuchnie a to byłoby straszne. Nie mogłaby sobie wybaczyć, gdyby zrobiła jej przykrość.
 Zawsze uśmiechnięta Melanie, która rzucała sarkastyczne komentarzem, gdy już wyszła ze swojego gabinetu, działała na nią jak Syriusz – irytowała, ale nie potrafiła wyzbyć się sympatii do niej. Zastanawiała się nad czym tak pracuje. Melanie nigdy nie mówiła nic o tych papierach w których grzebała. Evans raz udało się podejrzeć biurko zawalone notatkami. A to pospinanymi w grube pliki, to luźno leżące na blacie i zsuwające się z krawędzi. Dwie czy trzy opasłe księgi. Kuzynka Pottera ze zmarszczonym czołem czytała coś zawzięcie i wcale nie miała zadowolonej miny. Roztargnionym gestem poprawiła okulary i przez przypadek zobaczyła Evans. Sapnęła niezadowolona i szybko zatrzasnęła drzwi. Lily nie podjęła już prób dowiedzenia się czegoś na ten temat. Jej ciekawska strona ostatnio trochę się uspokoiła.
Raz odwiedziła ją Dorcas razem z Remusem (chociaż ten chyba bardziej wpadł do Jamesa i Syriusza, który akurat też był u Potterów). Udało im się wyciągnąć Lily do ogrodu na herbatę, ale ich uśmiechnięte twarze jedynie ją irytowały. Najwyraźniej było to widoczne, bo James pozwolił sobie delikatnie wyprosić wszystkich.
Spanie Lily u Jamesa przeszło do porządku dziennego. Ile razy Lily kładła się u siebie i James u siebie to i tak budzili się razem. Gdy pewnego razu Evans obudziła się sama w pokoju Pottera ogarnęła ją panika. Kiedy wrócił i Lily przytuliła go tak mocno jakby chciała się w niego wtopić przysiągł sobie, że nie zrobi już śniadania do łóżka. Nigdy.
Mimo wszystko uwielbiał budzić się z przyciśniętą do siebie Lily. Ciepło jej ciała rezonowało rozgrzewając jego serce za każdym razem, gdy wtulała się w niego mocniej. Na początku po prostu pozwalała Potterowi przytulać się, kurczą w sobie, zamykając. Nie rozumiał tego. Myślał, że Evans wie, że nie będzie jej oceniał ani ciągnął za język i że da jej to co będzie chciała. Dlatego ulżyło mu, gdy z czasem Lily odwróciła się do niego twarzą i delikatnie przerzuciła rękę przez jego pas. Od tamtej chwili wyglądała jakby czuła się bardziej komfortowo. Teraz za każdym razem budzili się w innej pozycji a nie tylko na łyżeczki. Jednak zawsze jedno pozostawało niezmienne – siła uścisku między nimi. Potter rozumiał przez co przechodziła Lily. Nie dość, że zmagała się ze stratą obojga rodziców w jednym czasie to jeszcze dręczyły ją oskarżenia własnej siostry. Lily była zraniona, cierpiała i potrzebowała wsparcia. Jego wsparcia.
I chociaż James bardzo starał się nie zmieniać ich wspólnych nocy w nic więcej niż tylko spanie, Lily – zupełnie nieświadomie – wystawiała jego opiekuńczą i troskliwą stronę na pokuszenie. Pewnego razu, zanim zasnęła, wodziła nieświadomie palcami po skórze Jamesa w miejscu gdzie szyja spotyka się z obojczykiem. Tego wieczoru odkrył, że jest to dość czuły punkt na jego ciele. Innym razem obudzili się z nogą Lily przerzuconą przez biodro Jamesa. Przywitała go uroczym uśmiechem i spojrzeniem w oczy. I wtedy James zapomniał dlaczego Lily śpi z nim. Przycisnął mocno swoje usta do jej, obracając ją powoli na plecy, opierając się na łokciu i górując nad nią. Lily nie opierała się. James czując, że przekroczył niewyznaczoną przez nikogo granicę, przerwał pocałunek. Złączył ich czoła i z zamkniętymi oczami odetchnął głęboko. Pocałował ją słodko w policzek i szybko wstał z łóżka. Przeciągnął się jak miał w zwyczaju.
- Nie jestem z porcelany, wiesz? – zapytała. Jej głos cichy, gdy leżała tak jak ją zostawił. Trochę obrażona. Od tamtej chwili zamknęła się trochę w sobie.
  
Dorea coraz częściej zostawała po godzinach w szpitalu. A gdy już wracała do domu była coraz bardziej załamana co wyzwalało w niej agresywniejszą stronę. Jej komentarze odnośnie czasów w jakich przyszło im żyć popychały Jamesa do wciągnięcia się w sprawę Zakonu jeszcze bardziej. Teraz nie miał jedynie na głowie podejrzanych komentarzy o śmierci Evansów, ale także bieżące wiadomości ze szpitala, które były pełne ludzi dochodzących do siebie po wszelakich klątwach. Syriusz podrzucił mu wiadomości z pierwszego, ale nieoficjalnego spotkania jakie Dumbledore zorganizował z kilkoma chętnymi. Podobno nie było ich wielu i to jeszcze bardziej rozpalało w nim waleczny ogień gryfona. Czuł, że dołączenie do tajnej organizacji jest słuszne. Jak mogłoby nie być?
Gdy Lily przesiedziała smętnie drugi tydzień, Dorea pozwoliła sobie przynieść jej kilka mocniejszych eliksirów ze szpitala. I tak, pozwoliły jej bardziej cieszyć się tym co miała. Nie sprawiły, że uśmiechała się do każdego i skakała z radości do sufitu, ale pomogły oczyścić umysł. Jednak jak wszystko w życiu, cudowne eliksiry Dorei też miały swoje minusy. Nocą jej umysł był zbyt czysty. Czysty na tyle, by nie przyklejać się do Jamesa we śnie, gdy najwidoczniej tego nie chciał. Zrozumiała to wtedy, gdy tak ją gorąco pocałował. A ona, owszem, też była chętna, ale może trochę mało entuzjastyczna. Trochę bardzo. I może James jej takiej nie chciał. Cały czas pamiętała jak się dali ponieść wtedy w łazience co to James u niej spał.
W ten właśnie sposób znalazła się o czwartej w nocy w kuchni. Ze stopami opartymi o krzesło, na którym siedziała, z kolanami pod brodą i kubkiem parującej herbaty. Gładziła porcelanowe ucho w nerwowym tiku i patrzyła przez okno na piękny ogród Potterów.
Wzdrygnęła się prawie rozlewając herbatę na siebie, gdy niespodziewanie do pomieszczenia wpadła Melanie. Zaczęła przeszukiwać głośno szafki. Lily zmarszczyła czoło, widząc, że kuzynka Pottera ma na sobie krótkie zielone spodenki i dopasowaną białą podkoszulkę. Nie był to typowy dla niej strój. Evans nie mogła sobie przypomnieć, żeby widziała Potter ubraną więcej niż w jedną część garderoby. Wydawało jej się, że nie ma w szafie nic więcej poza za dużymi bluzkami, które nosiła jako krótkie sukienki.
Melanie wypuściła z siebie zadowolone westchnięcie i odwróciła się, mieszając palcem w słoiczku marmolady. Oblizała go i mrucząc oparła się o szafkę kuchenną. Tego samego palca zanurzyła z powrotem. W połowie drogi do ust otworzyła oczy i jej wzrok padł na Lily, która się w nią wpatrywała. Evans chrząknęła i utkwiła wzrok w herbacie. Możliwe, że trochę ją unikała.
- Co tu robisz? – zapytała nieco podejrzliwie, siadając naprzeciwko niej. Machnęła różdżką i łyżeczka wyleciała z szuflady wpadając w jej rękę. W odpowiedzi Evans wzruszyła ramionami. Melanie wyglądała jakby powstrzymała się od przekręcenia oczami.
- A ty?
- Mój mózg zaczął nagle potrzebować cukru, a okazuje się, że w tym domu jest tylko to. – Uśmiechnęła się szeroko, unosząc marmoladę.
- Och, James ma u siebie mnóstwo różnych słodkości. Wynoszę z tego, że Dorea jest z tych rodziców, którzy starają się zdrowo odżywiać swoje dzieci. – Uśmiechnęła się lekko, upijając łyk herbaty.
- U Jamesa, co? – Poruszyła znacząco brwiami i oblizała łyżeczkę. Tak, cały Syriusz. Do tej pory jedynie docinała Potterowi. Pokiwała głową, westchnęła i wbiła z dużą siłą łyżeczkę w marmoladę.
- Wiesz… - Zaczęła dziesięć minut później i pół słoiczka marmolady mniej. – Doskonale wiem jak to jest – wyznała kojącym głosem. Lily już otwierała usta, ale Potter kontynuowała, wpatrując się w nią intensywnie, ale delikatnie. – Jakiś czas temu moi rodzice wyszli i nie wrócili. Jak twoi. Potem każdy dzień był koszmarem. Nie miałam rodzeństwa, więc zostałam całkiem sama. W pewnym momencie chciałam to nawet skończyć, wiesz? Ze sobą… - Na jej czole pojawiła się zmarszczka i przerwała na moment, ale szybko wróciła do dotychczasowego tonu rozmowy. - I wtedy przygarnęła mnie ciotka. Cudowna Dorea Potter. – Kącik jej ust drgnął ku górze. – Ale wtedy tego nie widziałam. Nie chciałam tego widzieć tak samo jak nie chciałam widzieć ludzi. Wszędzie gdzie nie wyszłam, kto by mnie nie widział, pojawiał się ten sam uśmiech. Ten ‘moje biedactwo, co ty teraz zrobisz, daj się przytulić, wszystko będzie dobrze’ uśmiech. Z obcymi nie było lepiej. Raz Dorea wyciągnęła mnie do ogrodu, był ładny dzień. I akurat wtedy musiała przyjść czarownica z sąsiedztwa ze swoją małą, może dwu- albo trzyletnią córeczką i małym zawiniątkiem w ramionach. Nikt oprócz mnie tego nie wiedział, ani nikomu tego w życiu nie mówiłam. Teraz to i tak nie ma znaczenia, nikogo by nie obeszło. - Wzrok Melanie uciekł chwilowo na bok, jakby sprawdzała czy na pewno są same. Nachyliła się w kierunku Evans. – Moja mama, gdy umarła była w ciąży. Mama chciała sama powiedzieć wszystkim dlatego w ogóle wyszli z domu w tamten dzień. A ja uznałam, że jeśli mama nie miała szansy tego powiedzieć to ja też nie zamierzam. Jaki był w tym sens?
- Melanie – wydusiła Lily, zaskoczona szczerością i chęcią z jaką podzieliła się swoją historią kuzynka Jamesa. – Przykro…
Melanie uniosła dłoń, prostując się na krześle i budując jednocześnie dystans.
- Nie po to ci mówię. – Pokręciła głową, a gest wydawał się Lily dziwnie podobny do profesor McGonagall. – Widzisz jak o tym teraz mówię? – Lily pokiwała nieznacznie głową. – Bez emocji, śmiało i otwarcie? Ludzie myślą, że mam serce z kamienia. Nie mówią mi tego, ale ja wiem. To nie bycie zimną suką, gdy mówisz o swoich zmarłych rodzicach bez łez w oczach, chociaż ból szarpie ci wnętrzności. Albo gdy starasz się żyć dalej, kiedy spotyka cię w życiu tragedia. To pogodzenie się z własnym losem i ja się z nim pogodziłam. – Oświadczyła pewna siebie. Tylko czemu Lily odniosła wrażenie, że Potter próbuje bardziej przekonać samą siebie niż ją. – James był zawsze przy mnie. Bez tej słodko-pierdzącej otoczki, w którą wpadali ludzie, gdy tylko mnie zobaczyli. Jego stosunek do mnie nie zmienił się nawet odrobinę. Oczywiście Blacka też, ale to inna historia. – Zaśmiała się lekko na wydechu.
- Syriusz, co? – Lily starała się poruszyć brwiami w podobny sposób co Melanie niedawno.
Melanie zaśmiała się serdecznie.
- Nie, nie! To nie tak. – Wróciła do wyjadania dżemu. – To, że Black stracił ze mną swój wianuszek nie znaczy, że coś między nami jest. Żeby jeszcze chociaż było fajnie.
- Ty i… i Syriusz? Wy…
- Yhym – mruknęła oblizując głośno łyżeczkę i wrzucając ją jeszcze głośniej do zlewu. – Chociaż minęły dwa lata. Może się wyrobił. Jak myślisz, wyrobił się?
- Nie mam pojęcia – ucięła i upiła herbaty.
Potter odetchnęła i podeszła do Lily. Krzyżując ręce na piersi, spojrzała na nią ostro, ale jej głos był aksamitny. – Wiesz dlaczego ci to wszystko opowiedziałam?
- No właśnie nie bar…
- O moich rodzicach.
- Och. Nie, nie wiem – odpowiedziała szczerze Evans.
Melanie znów pokręciła głową, ale teraz ten gest wydał się bardziej czuły. Położyła jej rękę na ramieniu i zacisnęła palce.
- Możesz być silna, Lily. Merlinie, musisz być! Masz przyjaciół. Dorea już traktuje cię jak byś była w rodzinie. Blacka też masz po swojej stronie nawet jeśli tego nie widzisz. Ja też cię lubię i mam co do ciebie dobre przeczucia. – Podarowała jej uśmiech. – No i masz Jamesa. I nawet jeśli nie możesz być jeszcze silna to musisz udawać, że jesteś. Chociażby ze względu na tych wszystkich ludzi, którzy się o ciebie troszczą. Jeśli wpuścisz ich do swojego serca i przejrzysz przez ten żal i rozpacz to może zobaczysz, że jeszcze czeka cię w życiu mnóstwo pięknych rzeczy. Musisz nauczyć się żyć z tęsknotą za swoją mamą i tatą. I siostrą. I nie mówię, że nie będzie boleć. Będzie boleć jak diabli. Ale wiesz co? To właśnie będzie znaczyło, że masz serce na właściwym miejscu.
Lily wzięła głęboki wdech. Nie do końca wierzyła w to co powiedziała jej Melanie, ale wiedziała, że co do jednego ma rację: ma wokół siebie ludzi, którzy się o nią troszczą. I każdy dzień powinien coś znaczyć. Nie chciała pół życia przesiedzieć w fotelu gapiąc się ślepo w okno. Nie chciała, żeby ludzie nad nią rozłożyli koc ochronny i głaskali po głowie. Chciała coś przeżyć. Sama, z Dorcas, z Jamesem, z całą wielką grupą ludzi. Chciałaby może dogadać się z Ann. Chciała, żeby patrzono na nią jak na kogoś kto wie kim jest, jest silny, bo został zraniony, ale ma uczucia, bo warto je mieć.

- Dziękuję ci, Melanie – powiedziała pewnym głosem i przytuliła ją mocno. 

piątek, 31 lipca 2015

Bonus 3: Święta

JEŚLI CHCESZ BYĆ POWIADAMIANY O NOWYCH ROZDZIAŁACH ZAJRZYJ TUTAJ
(wiem, że powiadamiałam do tej pory kilka osób, ale sprawa wymknęła mi się trochę spod kontroli i nie jestem już w stanie nad tym zapanować)

Kawałek pewnej notki, która nigdy się nie ukazała. Jest z czasu, kiedy miałam nieco inny pomysł na stronę, w którą miało pójść opowiadanie. Jest powiązany z czasem Bożego Narodzenia, gdy Lily i James mieli się zejść ze sobą. Cóż, to jedno się nie zmieniło - są ze sobą oficjalnie od świąt. 
Od kiedy historia toczy się inaczej, nic z tych rzeczy nie mogło się wydarzyć, ale długo nic nie publikowałam, więc pomyślałam, że dam chociaż to. Wiem, że kilka osób czekało na inny bonus, ale ten z Dorcas i Remusem to trochę inna para kaloszy. Cięższa i odważniejsza. 
Możecie też tutaj wyczuć, że ciągnęło mnie do połączenia Ann z Remusem oraz Dorcas z Syriuszem. Z perspektywy czasu cieszę się, że tak nie zrobiłam. 


Siedziała na kanapie w pokoju wspólnym. Nikogo z nią nie było i cieszyła się z tego. Nie była w stanie uwierzyć jak wczoraj mogła tak świetnie bawić się z przyjaciółmi. Przyłożyła kubek do ust, ale ani jedna kropla nie wytoczyła się z porcelany. Gorąca czekolada przyniesiona przez Dorcas, dawała przynajmniej chwilowe ukojenie. Podkurczyła nogi, aby wychylając się zachować równowagę. Brzdęk stawianego naczynia rozniósł się po pomieszczeniu.
Odwróciła się i zobaczyła siedzącego na drugim krańcu kanapy, Jamesa. Patrzył na nią z wielką troską. Evans zauważyła, że włosy na czubku głowy stoją mu jak zwykle. Uśmiechnęła się lekko.
- Miło mi widzieć uśmiech na twojej twarzy, chociażby taki malutki.
Spojrzała na niego. To z nim wczoraj tak świetnie się bawiła. A później była ta wiadomość o jej ojcu leżącym w szpitalu… Wiedziała, że choruje na serce, ale zawał?!
Poczuła rękę Pottera na swojej dłoni. Pogłaskał ją lekko kciukiem. Przeniosła wzrok z ich rąk na jego twarz. Źle to zrozumiał. Chciał się cofnąć, ale ledwo zauważalnie przytrzymała go za jeden palec. Został. Ostatnio mieli ze sobą jakąś dziwną nić porozumienia.
- Co ty ode mnie chcesz? – wyszeptała zduszonym głosem.
Wyszarpnął rękę i już odchodził.
- Nie o to mi chodziło! – krzyknęła z niepokojem, wstając. – Bardziej o to dlaczego ja?
Chwilę patrzył na nią, jakby ważył w głowie wyjścia, ale potem gwałtownie ruszył naprzód i usiadł naprzeciw niej. Ona również siadła. Odetchnął i spojrzał  jej prosto w oczy.
- Te twoje rude włosy…
Prychnęła.
- No co? Widziałaś w Hogwarcie dziewczynę o takich włosach? Czy upniesz je wytwornie, czy rozpuścisz, upleciesz z nich warkocza, czy wstaniesz potargana z łóżka zawsze są perfekcyjne.  I cudownie pachną…
Sięgnęła dłonią do karku  i potarła go, czując jak robi jej się gorąco.
- I oczy. Ten ich niespotykany kształt migdałów i obłędny kolor. Pewnie każdy ci to mówił, ale ja też muszę.  W blasku ognia są tak ciemne, że prawie granatowe. Kiedy świeci intensywne słońce mają kolor wiosennej trawy, a w nocy błyszczą jak dwie gwiazdki na niebie. A ich zwykły kolor, jest tak niezwykły…
Zastanawiała się, czy może już zaryzykować stwierdzeniem, że jest czerwona jak burak.
- Usta masz koloru bladej maliny. A jak je ułożysz w dzióbek, to już wiem, że za chwilę wybuchniesz. I już się cieszę, bo będziesz mówiła do mnie z uczuciem. Choćby to była nienawiść. Ale doceniam to, bo to silne uczucie… - Zwrócił wzrok z jej oczu na usta i powiedział zniżonym tonem: - Nawet nie masz pojęcia, jak mnie teraz kuszą.
Rumieniec zaczął lizać jej uszy.
- A i twój charakter jest bardzo pociągający. – Chrząknął i jakby wyrwał się z marzeń. – Zdecydowana, inteligentna, rozważna, przyjacielska, odważna, przeważnie miła choć odgryźć też się potrafisz. Masz jeszcze milion cudownych cech, których niestety nie potrafię nawet nazwać. Pytasz mnie „dlaczego”? Po prostu coś ciągnie mnie do ciebie. I wiem, że ciągle, z dnia na dzień, coraz bardziej się m tobie zakochuję.
Emocje kumulujące się w niej od wczoraj musiały wybuchnąć. Zagryzła wargi i zamknęła oczy, nie pozwalając łzom płynąć. Ona tak cierpiała z powodu chorego ojca, a on mówił do niej i o niej z taką pasją. Poczuła, że…
Otworzyła oczy widząc Jamesa przysuniętego do niej i wpatrującego się w nią z troską. Zmartwił się, patrząc na pojedynczą łzę. Lily ucieszyła się, że jest przy niej.
Chciał zmienić pozycję, więc podniósł się. Niespodziewanie Evans pod wpływem jakiegoś dziwnego strachu, że on się oddala, również się podniosła. Spojrzała mu prosto w oczy i jeszcze bardziej obraz się zamazał. Chciała mieć przy sobie kogoś bliskiego. Zarzuciła mu ręce na szyję i przytuliła mocno. Zdezorientowany objął ją w pasie i skrzyżował swoje ręce. Oparła swój delikatny policzek o jego lekko drapiący i trzymając swoje usta przy jego uchu wyszeptała:
- Przez sześć lat mój mózg oszukiwał serce. Dłużej się nie da. – Jedną dłoń przekserowała na szyję Okularnika, a prawą na serce. Biło jak oszalałe, co wyraźnie ją cieszyło. Znaczyłoby to, że jej wyznanie zrobiło na chłopaku wrażenie. Chciała zobaczyć jego twarz. Cofnęła głowę i ujrzała niedowierzanie w jego orzechowych oczach, które zamknęły się na moment. Domyśliła się, że niedowierza. Gdy je otworzył, złożyła na jego ustach delikatny, krótki pocałunek.
James przesunął powoli swoją rękę po jej kręgosłupie, aby na końcu zatopić ją w rudych włosach. Niewiele myśląc, pocałował ją. Najpierw delikatnie. Potem zaczęli się do siebie nawzajem przyciągać.

Tymczasem w kącie udekorowanej bożonarodzeniowo Wielkiej Sali piątka siódmorocznych gryfonów pochylała się nad pergaminem. Pomimo, iż przedstawiał cały zamek, wszystkie pięć par oczu utkwione było w pokoju wspólnym Gryffindoru.
- Patrzecie, wszedł.
- Sam go tam wysłałeś, więc się nie dziw, Black!
Syriusz siedzący w środku z różdżką, pokazał język Dorcas. Kilka minut ciszy rozdarło „Ooo!” pełne zawodu. Powodem tego była kropka Jamesa Pottera, oddalające się od kropki Lily Evans.
- To chłopak utopił… - Black przejechał dłonią po twarzy.
- Czy to twoich rad słuchał przez sześć lat? – Ann wychyliła się, by spojrzeć chłopakowi w oczy.
- Lunatyka też…
- Pamiętam. To te o tym, żeby nie był dupkiem?
- Patrzcie! – Lupin wskazywał palcem na dwie kropki będące blisko sobie.
Wszyscy zamilkli, wstrzymując oddech. Kropki były już bardzo blisko.
- Ekhem! – Ann poczuła się jakby podglądała dwójkę przyjaciół na żywo. Nikt jej nie usłyszał. Nakryła mapę ręką.  Black zacmokał zdegustowany. Lupin tez już nie patrzył. Dorcas odczepiła wzrok i przyjaciółki spojrzały na siebie. Blondynka pokręciła głową i usiadła na mapie. Syriusz już miał na nią nakrzyczeć, ale zobaczył przed sobą jej zgrabną nogę. Ona nie zważając na to jak bardzo znienawidzi jej potem Remus, powachlowała się spódniczką. Grzywka Syriusza zafalowała. Kątem oka, zobaczyła Dorcas, która zabrała mapę i schowała ją pod swoją bluzką. Natychmiast wstała i odeszła.
- A gdzie mapa?! – zawołał Peter.
-  Kochani! – Dyrektor wszedł z wysoko uniesionymi rękami. – Zapraszam do stołu. Jest nas niewiele, więc siądźmy razem. Remus! Chodź, chcę z tobą zamienić kilka słów.
Lupin wstał i podszedł do dyrektora ze zmarszczonym czołem, nie zaszczycając nikogo spojrzeniem.
Oprócz nich przy stole było jeszcze troje krukonów, czworo puchonów i żadnego ślizgona. No i oczywiście nauczyciele. McGonagall wodziła wzrokiem po rezydentach swojego domu. Usta ściągnęła w wąską linię, powstrzymując się od komentarza. Remus zajął jedyne wolne miejsce koło Ann.
Nauczycielka transmutacji od razu nachyliła się do dyrektora. Wysłuchał ją, kiwając głową.
- Chciałbym już zacząć, ale profesor McGonagall… – Uśmiechnął się do niej uprzejmie. - … poinformowała mnie, że jeszcze nie wszyscy dotarli.. – Okręcił się nieco ku gryfonom. – Brakuje waszych przyjaciół, prawda?
Black uniósł i opuścił szybko brwi, uśmiechając się tajemniczo. Peter podziwiał dania na stole. Dorcas przyglądała się swoim paznokciom.
- Raczej się nie pojawią, panie dyrektorze. – Lupin nie patrzył mu w oczy. Miał pewne podejrzenia co do nadzwyczajnych zdolności mężczyzny.
- Lily dostała bardzo przykry list i… i James tam z nią… siedzi. Znaczy w wieży – Ann została zlustrowana wzrokiem dyrektora.
Ach – uśmiechnął się nieznacznie. – Czyli mam zrozumieć, że dziś ich nie zobaczę?
Black zdusił śmiech i spuszczając głowę, zakrył się dłonią. Dostał za to kopniaka od Dorcas pod stołem.
-Panie Black! Pani Meadowes! Proszę się zachowywać jak należy! – McGonagall czuła jak wstyd za jej wychowanków zalewa jej serce.
- Och, już dobrze, Minerwo. Nie denerwuj się. Cukierki-niespodzienki!

sobota, 17 stycznia 2015

Liebster Blog Award

Bardzo dziękuję za nominację Małej Czarnej, Luthien i Dali Czekoladzie. Jest mi bardzo miło, ale nie będę się w to bawić i odpowiem jedynie na pytania.
22.03. Nowe pytania od Dorix znajdują się na końcu

Pytania od Małej Czarnej:

1. Ile części HP przeczytałeś/aś?
wszystkie

2. Co cię zmusiło do napisania bloga o L.E. i huncowotach/lub innego bloga?
zawsze, gdy coś czytam zawiązuje mi się własna wersja tej historii

3. Co cię motywuje do pisania?
zawsze - i bez znaczenia jest to, czy opisuję szczęśliwe czy smutne chwile - piszę, gdy jestem smutna lub przygnębiona

4. Co jest dla ciebie najważniejsze w życiu codziennym?
umiejętność nieprzejmowania się bzdurami

5. Ile blogów czytasz?
hmm, może 3? lubię czytać one-shoty, które przypadkiem znajdę w necie

6. Co sprawia ci największą przyjemność?
gdy budzę się po 10, nie ma nikogo w domu i mogę zjęść w spokoju śniadanie, a potem nie robić nic specjalnego cały dzień

7. Masz jakieś zwierzątko?
mam

8. Jakbyś miała/miał 15 minut sławy co byś wtedy zrobił?
omg... zrobiłabym coś dobrego dla ludzi razem z Mishą Collinsem, mając nadzieję, że uścisnę rękę Jaredowi Padaleckiemu i Jensenowi Acklesowi

9. Syriusz Black vs James Potter?
NIE ZADAJE SIĘ TAKICH PYTAŃ

10. Czy uważasz, że istnieje coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia?
nie

11. Ulubiony wykonawca
chyba nie mam


Pytania od Luthien:
1. Co skłoniło Cię do założenia bloga?
przepełniający się zeszyt z moją wersją historii Lily i Jamesa

2. Gdyby doba miała 25 godzin, na co przeznaczyłabyś tą ostatnią?
cudownie byłoby móc powiedzieć, że na pisanie, spacer z psem, coś twórczego, ale sen. prawdopodobnie bym spała

3. Gdybyś mogła się przenieść do dowolnego miejsca (nie tylko realnego), co byś wybrała?
tylne siedzenie Impali Deana Winchestera, podczas gdy mają z Samem chwile spokoju

4. Jaka jest Twoja ulubiona postać z filmu/książki/serialu?
Castiel, Dean Winchester, Peeta Mellark, Severus Snape

5. Czy uważasz, że istnieje coś takiego jak miłość od pierwszego wejrzenia?
nie

6. Jakiej muzyki lubisz słuchać?
naprawdę różnej

7. Dlaczego zaczęłaś pisać?
chciałam spisać pomysły zanim mi uciekną

8. Znalazłaś złotą rybkę. Jakie byłyby Twoje 3 życzenia?
Poprosiłabym o zdrówko dla jednego kochanego aniołka, tolerancję i rozum dla każdego i takie jedno coś, którego nie powiem

9. Co najbardziej lubisz robić w wolnym czasie
herbatka, kocyś, książka/serial/tumblr

10. Co lub kto sprawiło ostatnio, że poczułaś się naprawdę szczęśliwa?
święty Mikołaj

11. Gdybyś mogła coś w sobie zmienić, co by to było?
dałabym sobie więcej wytrwałości do własnych postanowień


Pytania od Dali Czekolady:
1. Co zainspirowało Cię do pisania?
inne blogi

2. Lubisz koty?
bardzo nie

3. Ulubiony film
Ten Inch Hero, Edward Nożycoręki, Alicja w Krainie Czarów

4. Znienawidzona postać z Twojego bloga to...
nie ma takiej :)

5. Ulubiona postać z Twojego bloga to...
lubię wszystkie, ale z Ann i Pottera jestem chyba najbardziej dumna

6. Jakiej jesteś religii?
nie jestem wierząca

7. Masz najlepszą/najlepszego przyjaciela?
mam

8. Twoja ulubiona pogoda to...
śnieg po kolana i mróz szczypiący w policzki albo taka, gdy jest ok. 18°C i lekko świeci słoneczko z delikatnym wiaterkiem

9. Ulubiony kolor
fuksja, limonkowy zielony, turkus

10. Czy lubisz muzykę fortepianową i skrzypcową z Dupstepem?
nie

11. Masz rodzeństwo?
mam


Pytania od Dorix:
1. Co Cię inspiruje do pisania?
najprostsze rzeczy; smutek, radość, inne fanfiki

2. Gdybyś posiadał(-a) wehikuł czasu, gdzie i kiedy udał(-a)byś się w pierwszej kolejności?
uu, ciężko. to mogłoby być wiele miejsc. ale pomyślmy... do wakacji po drugiej klasie gimnazjum, nieważne w jakim dniu i gdzie

3. Do jakiego domu w Hogwarcie należysz?


















4. Ulubiony przedmiot w Hogwarcie?
w sumie to nigdy się nad tym nie zastanawiałam. wszystkie są interesujące, ale dzisiaj czuję się w nastroju na zaklęcia

5. Twoje największe marzenie?
żeby się udało

6. Gdybyś miał(-a) możliwość poznania jednej postaci z książki kim by była?
jak bardzo kocham Snape'a to chyba chciałabym spotkać Remusa

7. Gdybyś miał(-a) możliwość posiadania jednej z magicznych zdolności, co by to było? 
uleczanie dotykiem byłoby całkiem fajne. albo umiejętność przeczucia czy podejmuje się słuszną decyzję czy nie

8. Gdyby w twoim ogrodzie wyrosła niezwykła, wręcz magiczna roślina, co byś zrobił(-a)?
bardzo o nią dbała

9. Idziesz spokojnie do szkoły/pracy. Przyglądasz się starym, suchym drzewom. Na jednym z nich dostrzegasz nadzwyczaj dużego kruka, który ci się przygląda. Podchodzisz bliżej. Nagle kruk do ciebie mruga, wydaje ptasi odgłos i odlatuje. Jak reagujesz?
"Damon?" - ściągam brwi, rozglądam się i idę dalej

10. Czytasz książkę. Niezbyt podoba ci się epilog i odkładasz ją. Zapewne potem wyobraż(-a)łabyś sobie fantastyczne zakończenie. Po jakimś czasie wracasz jeszcze raz do tej książki. Spoglądasz na epilog i mogłabyś/mógłbyś przysiąc, że to ten sam, który sobie wyobrażałeś. Twoja reakcja?
krzywię się, czytam jeszcze i myślę, że to deja vu. potem sprawdzam jakie jest zakończenie w innych egzemplarzach.

11. Idziesz ulicą. Zza muru budynku słyszysz podniesione głosy. Zaciekawiony/a podchodzisz bliżej. Dokładnie słyszysz urywki dialogu, którymi są "...wstrętni mugole" (nie dowierzasz) "...Felix Felicis by się przydało, ale..." (jesteś już prawie pewien, że to czarodzieje) "...Voldemort zginął!". Jesteś na 100% pewien ich pochodzenia. Co robisz?
tak w ogóle pewnie bym się nie zatrzymała i nie zaczęła podsłuchiwać słysząc podniesione głosy tylko przyspieszyła, ale ok. zaczęłabym się zastanawiać czy ktoś nie larpuje albo czy pani Rowling tak naprawdę nie przewidziała przyszłości i nie postanowiła ostrzec świata przed nadchodzącymi wydarzeniami, ale w książce zmieniła datę, żeby nie było zbyt oczywiste


niedziela, 23 listopada 2014

27. Rodzina to nie tylko więzy krwi



 Gdzie te czasy, gdy rozdziały miały 18 stron a4? :c

Specjalne podziękowanie dla J (Joy, prawda?), która na początku listopada kopnęła mnie w dupę jednym komentarzem i oto mamy rozdział


- Więc jak ona się trzyma?
- Emm… - James zmarszczył czoło i stanął w połowie kroku na środku salonu. Spojrzał na Syriusza jakby miał mu właśnie rzucić ostrą uwagę, ale zmarszczył czoło i znów zaczął się rozglądać. Black siedział leniwie i trochę osowiale na kanapie. Bawił się ulubionym zniczem Jamesa i wbrew jego oczekiwaniom, Potter nie miał nic przeciwko.
- Zadałem pytanie. – Po chwili, gdy nie doczekał się żadnej odpowiedzi, przekręcił oczami. – Czego szukasz? – zapytał z nutą poirytowania w głosie.
- Moich okularów! - James wyrzucił ręce w górę i spojrzał bezradnie, niemal błagająco na Blacka.
- Na twojej głowie, geniuszu? – Odłożył znicz na stolik do kawy. – Czym się denerwujesz? – zapytał, patrząc jak James szarpie swój granatowy krawat.
- Co się głupio pytasz? – sarknął.
- Jestem pewien, że mugolski pogrzeb nie różni się bardzo od naszego – powiedział Black, podchodząc do przyjaciela i kładąc mu rękę na ramieniu. Potter zmarszczył brwi. – Wiesz, bez naszych bajerów i machania różdżkami…
Potter strząsnął z siebie jego rękę.
- Akurat mało interesuje mnie czym różni się przebieg pogrzebu! – Rzucił mu wściekłe spojrzenie. – Chodzi o Lily… Martwię się o nią.
Syriusz nic nie odpowiedział, jedynie podrapał się po skroni.
- Jakoś sobie z tym poradzi, kochanie. – Dorea pojawiła się w hollu. Była ubrana elegancko i niespokojnie ściskała swoją torebkę. – Na pewno nie idziesz z nami, Syriuszu? – spytała, dając mu ostatnią szansę.
- Na pewno. Nie będę robił sztucznego tłumu.
James pokręcił głową. Wychodząc pospiesznie i obijając się ramieniem z Syriuszem, trzasnął drzwiami. Dorea westchnęła boleśnie.
- Szybko ci tego nie wybaczy – stwierdziła, patrząc Syriuszowi w oczy, który uśmiechnął się pewnie.
- Wybaczy. Jestem jego najlepszym przyjacielem.
- Który postanowił go nie wesprzeć w czymś trudnym.
Uśmiech na twarzy Blacka przygasł i zastąpiło go zmieszanie, znudzenie i zdenerwowanie.
- To nie jest ciężkie dla niego tylko dla Evans. Ona i tak mnie nie znosi. Po co mam tam być?
Rysy Dorei złagodniały. Westchnęła ciężko, gdy kładła mu rękę na policzku. Syriusz zmarszczył czoło, jednocześnie bezwiednie wtulając się w dłoń. Po tylu latach matczynej miłości, którą podarowywała mu pani Potter wciąż spinał się przy takich gestach.
- James też to przeżywa na swój sposób – powiedziała łagodnie. - Mam przeczucie, że przypomina mu się czas, kiedy odszedł jego ojciec. Zresztą tak samo jak i mnie – dodała cicho i zabrała dłoń. – Poza tym myślę, że byłoby miło, gdybyś zaakceptował Lily nie jako tylko dziewczynę Jamesa, ale jako część rodziny.
- Co go obchodzi co myślę o Evans? – rzucił, uciekając wzrokiem. Może i Dorea miała rację.
- Obchodzi i to dużo. – Roześmiała się. – Przekażę Lily pozdrowienia od ciebie – dodała, wychodząc.
James rzucił niedogaszonego papierosa w klomb, gdy usłyszał otwierające się drzwi. Matka rzuciła mu jedynie spojrzenie, ale zdecydowała się nie komentować.
- Co ci tak długo zeszło? – zapytał, gdy byli w połowie drogi do furtki.
- Musiałam powiedzieć coś Syriuszowi.
- Mamo, nie chciałem, żebyś go namawiała, żeby z nami szedł – powiedział urażony.
- Kto kogo namawiał? Zapewniłam go tyko, że może zostać u nas tak długo jak chce.  – Uśmiechnęła się słodko, przywołując Błędnego Rycerza. – No co? – zapytała, wsiadając. – Brakuje mi czasem drugiego synka.
James przekręcił oczami. Uwielbiał to, że mama uważała Syriusza za rodzinę i traktowała go na równi ze swoim prawdziwym synem, ale czasami było to takie ckliwe.
- Powinniśmy być już na cmentarzu – rzucił, płacąc i podając adres. Autobus ruszył nim zdążył usiąść. Wylądował na tyłku, uderzając głową o krzesło. Pani Potter zawczasu znalazła miejsce i wyciągała ręce do syna, by pomóc mu wstać.
- Na Merlina, Frank! – krzyknęła oburzona do kierowcy. – Jak chcesz zabić mi dziecko, mógłbyś zrobić to delikatniej!
- Już dobrze, mamo – zapewnił, bo gwiazdki zaczynały mu znikać sprzed oczu. Dorea sięgnęła po jego głowę i zaczęła ją oglądać wprawnym okiem.
- Chciałem tylko, żebyście byli na czas – zawołał Frank, jadąc po chodniku. – Pewno jedziecie na ten pogrzeb, co? – zagadnął. Dorea rzuciła zaniepokojone spojrzenie na syna, gdy odepchnął jej rękę i zacisnął szczęki. – O niczym innym dzisiaj nie mówili na Pokątnej. Podobno za śmiercią rodziców tej młodej stoi Sami-Wiecie-Kto…
- …to nie był on.
- Biedactwo, pewnie teraz zaczai się na nią. Jak Sami-Wiecie-Kto się na kogoś uweźmie to można na nim już postawić krzyżyk.
- To nie był Voldemort! – krzyknął James.
Kilku pozostałych pasażerów pisnęło, a następnie wszyscy bez wyjątku przejechali na swoich krzesłach przez całą długość autobusu, gdy Frank wdepnął gwałtownie hamulec.
- Lepiej zajmij się prowadzeniem, a nie pierdoli…
- James! – upomniała go Dorea, podnosząc się z podłogi i prostując spódnicę.
- Jesteśmy na miejscu – wydukał Frank, patrząc na Jamesa oczami wielkimi jak spodki.
- O, świetnie. – Potter rzucił mu sztuczny uśmiech i pomógł wysiąść matce. Gdy zamykali drzwi usłyszeli jeden skrzeczący głos.
- Frank, ty głupi gumochłonie. Nie wiesz, że młody Potter i ta mała są parą?
- Ugh, wredna Violet – burknęła pani Potter, kręcąc głową. – Nadrzędna plotkara. Gdyby połowa plotek nie wyszła od niej, sama rzuciłaby na siebie Cruciatusa.
- Mamo, proszę cię, pospieszmy się. Chcę znaleźć Lily nim wszystko się zacznie – powiedział, przyspieszając. – I nie mów nic przy niej. Nie chcę, żeby wiedziała, że jest na językach.
Dorea pokiwała głową i zaczęła truchtać za swoim synem. Szybko ich oczom ukazało się spore skupisko ludzi. Na pierwszy rzut oka wszystko wydawało się w porządku. Cóż, normalne, Pogrzeby nie są w porządku.
- Mamo, co oni tu robią? – zapytał szeptem, skinając komuś głową. Wreszcie dotarło do niego skąd zna niektóre twarze. Dorea nie odpowiedziała. Wyglądała na równie zdziwioną. – O co chodzi? Naliczyłem z pięciu aurorów z Ministerstwa. Czy oni naprawdę myślą, że Vol…?!
- Cii! – Dorea starała się szybko go uspokoić. – Idź i znajdź Lily, a ja postaram się czegoś dowiedzieć, dobrze? Przy wejściu chyba widziałam Erica. Może powie mi coś ze względu na byłą przyjaźń z twoim tatą. No idź. – Wskazała za niego głową i klepiąc go krzepiąco w ramię poszła znaleźć Erica.
James odetchnął głęboko i odwrócił się. Z tłumu wyróżniały się dwie rude głowy. Z każdym krokiem, gdy dostrzegał więcej szczegółów w wyglądzie Lily, łamało mu się serce. Wyglądała tak wątle i mizernie, że bał się, że większy powiew wiatru mu ją zabierze. Pierwsza zauważyła go Jenny. Ona też nie wyglądała dobrze, ale dzielnie obejmowała swoją chrześnicę. Uśmiechnęła się do niego blado. Bardziej z ulgą niż radością. Przyspieszył, nie zauważając, że ktoś przepycha się z boku. Zderzył się z tą osobą i chciał rzucić jakieś przeprosiny i iść dalej, ale wystarczyło mu jedno spojrzenie na twarz by się zatrzymać.
- Edna Flowen, dobrze panią widzieć. – Wymusił uśmiech. Nie zapomina się takiej trójkątnej twarzy, bystrych oczu i szramy, która zaczyna się za uchem i kończy gdzieś pod kołnierzykiem szat. Całe szczęście dzisiaj była ubrana w miarę normalnie, po mugolsku.
- Nie mogę się zgodzić ze względu na okoliczności – powiedziała sztywno, bujając się na piętach i ściskając razem dłonie. Potter domyślił się, że w rękawie pewnie trzymała różdżkę.
- Miałem jedynie nadzieję dowiedzieć się o co chodzi w tym cyrku.
- To nie cyrk, tylko pogrzeb – powiedziała, unosząc jedna brew.
- Wiem to aż za dobrze – odgryzł się, tracąc uprzejma minę. Myślał, że uda mu się coś wyciągnąć od jedynej czarownicy, która była dla niego miła na kolacjach wydawanych przez jego ojca dla podwładnych mu aurorów. Cóż, widocznie sympatię miała jedynie dla małego dziecka, jakim wtedy był.
Edna westchnęła. Wyglądała jakby toczyła ze sobą wewnętrzną walkę. W końcu pokręciła głową.
- Nie powinno was tu być. Ciebie i Dorei. Może być niebezpiecznie.
- Więc dlaczego nie weźmie pani swoich i się stąd nie zabierzecie?
- Próbujemy tylko chronić…
- Przed czym? – wtrącił się trochę za głośno i ludzie spojrzeli się na nich z dezaprobatą. Przysunął się do Edny i starał nie podnieść głosu. – Przed psalmami, przemową o Evansach czy może pilnujecie, żeby nikt nie zakuł się kolcem z wieńca?
- Sam-Wiesz-Kto może…
- To nie był Voldemort! – wysyczał przez zaciśnięte zęby.
Edna odsunęła się jakby napluł jej w twarz. Przymknęła na chwilę oczy.
- James – powiedziała drżącym głosem.
- Niesamowite. Najlepsi aurorzy Ministerstwa boją się imienia wariata z przerośniętym ego. – Parsknął i popatrzył na nią z politowaniem. Gdy minął ją, usłyszał jej cichy głos.
- Och, James, narobisz sobie kłopotów.
Niech przyjdą, pomyślał, idąc prosto do Lily. Wtuliła się w niego, gdy tylko znalazł się w zasięgu jej rąk. Poczuł jak mocno zacisnęła mu drżące palce na plecach. Pocałował ją w czubek głowy i uspokajająco pogłaskał po plecach. Spojrzał w oczy Jenny a ona w jego. Po chwili pokiwała głową i odwróciła się do Petunii, która taksowała Jamesa od stóp do głów z grymasem. Potter miał ochotę pokazać jej język.
- Dobrze, że jesteś – powiedziała Lily. Głos miała zachrypnięty i zbolały. Spojrzała na Jamesa. Oczy miała czerwone i opuchnięte.
- Chciałem przyjść wcześniej – Przypomniał jej, delikatnie ścierając ślad łzy na policzku.
- Nie, nie. – Odsunęła się trochę. – Petunia… robiła sceny i… - Głos jej się załamał, a dolna warga zadrżała. Spuściła wzrok.
- Ale już jestem tu dla ciebie, pamiętaj. – Musiał jej to przypomnieć.
- Wiem, jesteś kochany. – Pociągnęła nosem i odważyła się znów na niego spojrzeć. – Pójdziesz ze mną?
Nie musiała mówić gdzie, kiedy i po co. James zrozumiał. Prosiła go, żeby szedł razem z nią za trumnami. To było wyróżnienie. Na pogrzebach zawsze szli w pewnym szyku i zawsze na początku byli najbliżsi z małżonkami i dziećmi. Tylko nie miał się z tego jak cieszyć.
- Oczywiście, Lil.
W oczach Lily zebrały się łzy. Pewnie rozpłakałaby się, gdyby nie Jenny, która położyła jej dłonie na ramionach. To był znak, że wszystko się zaczyna.
James nadstawił Lily ramię, które przyjęła. Jenny wśliznęła się z drugiej strony chrześnicy i zrobiła to samo. Wtedy dotarło do Jamesa, że nie jest tu ona jedynie ze względu na Lily; Jenny straciła siostrę. I miała prawo być w takim samym stopniu przygnębiona, ale trzymała się, by wspierać chrześnicę. Potter poczuł jeszcze większą sympatię do Jenny, która i tak nie była mała. Natomiast Petunia działała mu na nerwy niesamowicie. Przed, ani w trakcie ceremonii nie okazała siostrze ani odrobinę wparcia. W dodatku, gdy rzucała na nią spojrzenie, Lily opuszczała głowę i kurczyła się w sobie. Zadziwiająco, Petunia uroniła kilka łez, starając się wtulić w swojego dziwnego męża, który nieporadnie klepał ją po chudym ramieniu.
Petunia, jako starsza z córek, musiała wygłosić przemowę. Słabo przebierając nogami i ocierając oczy chusteczką, wyszła na środek. James nie mógł wyzbyć się wrażenia, że dobrze gra i się popisuje. Zanim coś powiedziała zebrała chrapliwie powietrze w płuca. Jej przemowa nie rzuciła nawet promyka światła z życia Mary i Marka Evansów na zebranych. Przeciwnie – jeszcze bardziej wszystkich przygnębiła. Jeśli mugole mają swój odpowiednik dementora na pewno nazywa się on Petunia Dursley. Mimo wszystko Lily była w nią wpatrzona jak w obrazek i posłała jej krzepiący uśmiech. Petunia jedynie uniosła dumnie głowę z wyższością i zignorowała ją.
Najgorszy okazał się moment samego pochówku, zawsze tak jest. Lily i Jenny przytuliły się wtedy mocno i skupiły na sobie. James nie miał nic przeciwko. Był tam i czekał. Jeśli Lily będzie chciała znaleźć w nim oparcie i pocieszenie jest tam dla niej. Był w stanie zrozumieć przez co właśnie przechodzi, bo też to przeżywał. Z tym, że on stracił jednego rodzica. W tym momencie w tłumie ludzi zobaczył twarz Doreii. Uśmiechnęła się do swojego syna. Z jej twarzy biło ciepło i duma, ale nie był pewny. Może odległość była myląca. Nieznacznie wskazała głową za siebie w prawą stronę.
Daleko stał Syriusz. Miał na sobie zwykłe dżinsy i swoją skórzaną kurtkę. Można by pomyśleć, że nie ma w nim nic co wskazywałoby, że ma w sobie szacunek do zachodzącego wydarzenia. Jednak James znał go na tyle, by móc śmiało powiedzieć, że na więcej go nie stać.
Po zakończeniu Lily znów wtuliła się w niego.
- Proszę, pojedź z nami do domu – powiedziała słabo, gdy dotarło do niej, że James wróci do siebie.
- Dobrze – zapewnił, a Evans odetchnęła z ulgą. Petunia ze swoim mężem minęła ich z wrednym wyrazem twarzy. Potter wiedział, że nawet gdyby chciał złożyć jej kondolencje minęło by się to z celem.
- Kochanie… - Dorea podeszła do Lily i uścisnęła serdecznie jej dłoń. – Nic nie mów. Ja też nie będę. Pani musi być siostrą Lily? – zwróciła się do Jenny.
- Nie, mamo. To jej matka chrzestna, Jenny – wtrącił się.
- Och. – Pani Potter wydawała się zaskoczona, co nie było dziwne, bo Jenny zachowywała się bardziej jak siostra niż Petunia. – Dorea, jestem mamą Jamesa.
- Dziękuję – powiedziała Jenny, przełykając wielką gulę, jaka utworzyła się jej w gardle. – Za to, że wychowała pani Jamesa na takiego mężczyznę jakim jest.
- Och, dziękuję. – Pani Potter wydała się poruszona. – Bardzo mi przykro – powiedziała, patrząc szczerze w oczy Jenny.
Jenny pokiwała głową i odeszła w stronę swojego samochodu.
- Jedziesz z Lily, James?
- Tak. Wysłałabyś do niej moją sowę?
- Dobrze. Lily, Syriusz przesyła kondolencje. Był, ale powiedział, że nie chce cię nachodzić.
James przekręcił oczami, mimo że nie umiał być już zły na Blacka.
- Och. – Lily wydawała się zaskoczona. -  Powie mu pani, że dziękuję?
- Oczywiście. Będę już szła. Jesteś u nas mile widziana – zapewniła i ucałowała Lily w policzek, po czym odeszła.
James położył Lily rękę na plecach, delikatnie popychając ją w stronę samochodu Jenny. Evans odwróciła głowę i spojrzała w miejsce, gdzie pochowani zostali jej rodzice.
- Chcesz zostać z nimi sama na chwilę?
Lily pokręciła powoli głową. Oparła czoło o jego ramię i po chwili wydawała się w miarę zebrana w sobie.
- Jedziemy – zadecydowała.
Gdy Jenny, Lily i James przyjechali do domu Evansów wydawało się, że wszyscy już tam są. Pierwsze co rzuciło się Jamesowi w oczy to Vernon, który wrzucał w siebie ciasto. Petunia niemal przybiegła z kuchni, żeby dołożyć jeszcze słodkości. Stanęła jak wryta, gdy zobaczyła Pottera. Zamrugała kilka razy po czym przecisnęła się obok niego w taki sposób, żeby go nie dotknąć. Jenny odnalazła się szybko z jakimś wujkiem i zaczęli rozmowę, zapewne wspominając Mary.
Evans poprosiła Jamesa, by na nią zaczekał. Pognała za Petunią, która znów zniknęła w kuchni. Kierowany złym przeczuciem zajął miejsce jak najbliżej kuchni, żeby móc wszystko słyszeć.
- Daj, pomogę ci – powiedziała Lily.
- Nie ma w czym. Wszystko już sama zrobiłam – rzuciła sucho Petunia.
Nastąpiła chwila ciszy.
- To co mam zrobić?
- Idź i zabierz stąd swojego chłopaka-dziwaka zanim pozamienia mi zastawę w jakieś myszy.
Och, jaką Potter miał teraz ochotę by to zrobić.
- Tuniu, mogłabyś chociaż trochę odpuścić, szczególnie w taki dzień.
- No właśnie! W taki dzień! – zasyczała Petunia. – A ty sprowadzasz na pogrzeb podobnych sobie w dodatku, gdy…
- Gdy co? No powiedz. – Głos Lily był taki smutny, że James miał ochotę wejść tam w tym momencie i wszystko przerwać.
- Gdy to wszystko twoja wina – oznajmiła lodowato.
- Petunia! – zagrzmiała Jenny, pojawiając się znikąd w kuchni. Ręce miałą oparte na biodach a twarz czerwoną. Cała rodzina ucichła i spojrzała na nią. Petunia stała otwierając i zamykając usta jak ryba wyjęta z wody.  – Jak ci nie wstyd?
- Mnie?! – pisnęła. W jej oczach momentalnie zabłysnęły łzy. – Vernon, idziemy! – krzyknęła, opuszczając kuchnię.
Lily odwróciła się od wszystkich i ukryła twarz w dłoniach. Potter natychmiast poderwał się z fotela i objął ją.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza.
- Cóż, chyba lepiej będzie jak już sobie pójdziemy – zadecydowała starsza ciotka o siwych włosach i lasce.
- Dziękuję – powiedziała Jenny, przytomniejąc. Nie tylko za zrozumienie, ale także za wybawienie jej z sytuacji, gdzie musiała by wyprosić gości. Pożegnała wszystkich, przyjęła zapewnienia, że na każdego mogą liczyć i zajęła się w ciszy sprzątaniem.
- Chcesz coś zjeść, Lil? – zapytał troskliwie James, gdy Evans trochę się uspokoiła. Pokręciła głową. – W takim razie połóżmy cię. – Założył sobie jej ręce na szyję po czym złapał pod kolanami. Lily była zbyt zmęczona, zmartwiona albo po prostu jej to nie przeszkadzało i dała się unieść bez marudzenia. W drodze na górę natknęli się na Jenny. Popatrzyła na Jamesa z takim ciepłem i wdzięcznością, że zrobiło mu się głupio.
Lily była taka leciutka, miał wrażenie, że bardziej niż zwykle. Położył ją delikatnie w jej łóżku. Przyklęknął na podłodze i założył jej włosy za ucho. Złapała go za rękę i przytuliła się do jego dłoni, rozpływając się w dotyku. Głaskał jej policzek kciukiem a oddech miała coraz płytszy. Po kilku minutach chciał ją przykryć, bo myślał, że śpi, ale szybko otworzyła oczy, gdy się poruszył. Nigdy te śliczne migdałowe oczy nie patrzyły na niego tak pusto.
- Czuję się jakby ktoś zabrał mi kawałek serca. I tym kimś jest moja własna siostra – wyznała cicho, bez emocji, jakby stwierdzała nudny fakt.
- Och, Lil. – Szybko złapał jej dłonie, całując ich wnętrze, bo nie miał pojęcia co może powiedzieć. Jednak to był tylko słodki gest, nic więcej. Chciałby móc zrobić więcej.
- Możesz zostać? – zapytała z nadzieją.
- Mogę, Lil, mogę. – Westchnął ciężko. Poczuł, że oczy mu wilgotnieją i zrobiło mu się strasznie głupio.
- Dlaczego z tobą wszystko jest łatwiejsze? – zapytała nieobecnie i James parsknął nerwowym śmiechem. Przesunęła leniwie palcami za jego uchem i przyciągnęła go do siebie, przytulając mocno.
- Dziękuję, że jesteś przy mnie – wyszeptała mu do ucha, zaciskając oczy i modląc się, żeby wszystko okazało się koszmarem.

- Mówiłam ci, żebyś nie przychodził – burknęła Ann, równocześnie wyczuwając w sercu pewnie ciepło. Wyminęła Blacka, poprawiając włosy i idąc dalej jakby go nie spotkała. Pokątna nie była bardzo zatłoczona w obecnych czasach. Większość czarodziejów wychodziła z ciemnych zakątków i nie wyglądali na przyjaznych. Prawdopodobieństwo, że byli śmierciożercami było ogromne i najgorsze było to, że nikt nie miał na to wpływu. Pogoda też nie była najpiękniejsza. Mimo wszystko dzisiejszy dzień dla Ann malował się w kolorowych barwach. Właśnie szła spotkać się ze swoim tatą. Pierwszy raz w życiu. Uśmiechnęła się szeroko.
- Jakby to coś kiedyś dało. – Black przypomniał o swojej obecności. Uśmiech na twarzy Ann nieco przygasł i pojawiła się irytacja.
- Nie możesz sobie po prostu odpuścić?
- Nie. – Uśmiechnął się zabójczo.
- Syriusz, przecież cię o to nie prosiłam.
- Wtedy na pewno by mnie tu nie było.
- Więc wystarczyło cię poprosić a nie męczyłbyś mnie w tej chwili? – zapytała, unosząc brwi.
- Prawdopodobnie – rzucił i posłał jej kolejny uśmiech.
Ann pokręciła głową. Przez chwilę szli w ciszy.
- Wiesz, że ze mną nie pójdziesz. – Była już blisko lodziarni Floriana Fortescue i czuła naglącą potrzebę, by po prostu wrócił skąd przyszedł. – Bo niby jako kto? – wymsknęło jej się.
- Wierząc w twoje słowa, a wierzę, naprawdę! – Położył rękę na sercu. – Jesteśmy rodziną. Też chcę poszerzyć moje znajomości rodzinne.
Ann zmrużyła oczy.
- Każesz mi żałować, że byłam szczera.  – Powiedziała zirytowana, poprawiając torebkę na ramieniu. – Idź już, naprawdę – powiedziała błagalnie. – Proszę.
Syriusz zmierzył ją poważnie wzrokiem, marszcząc brwi.
- A obiecasz, że wpadniesz do mnie jutro?
- Nie będę się z tobą dochodzić… - Już się odwracała w stronę lodziarni, ale złapał ją za nadgarstek. Spojrzała na ich ręce i uniosła oczy na Syriusza. Nie wyglądał na typowego Syriusza Blacka z Hogwartu, było w nim coś innego. Może nie było w nim tej szczeniackiej buty. A przynajmniej nie aż tyle.
- Wpadniesz? – zapytał a głos miał cichy, można by pomyśleć, że strapiony i proszący.
- Po co? – zapytała nieco wycofana, wciąż czując, że nie stoi tu z Blackiem jakiego znała.
Puścił jej nadgarstek. Wyprostował się i oglądając z niechceniem po Pokątnej, rzucił swobodnie:
- Bo inaczej nie pójdę. – Uśmiechnął się denerwująco. Ann patrzyła na niego intensywnie; wolała Blacka sprzed chwili. Syriusz przekręcił oczami. – Jestem ciekawy.
- Jesteś gorszy niż baba. Ok., przyjdę – zgodziła się bez entuzjazmu. Pokręciła głową i wskoczyła po kilku schodkach do ogródka letniego lodziarni. Usadowiła się przy wielkim krzewie, którego szczerze mówiąc nie znała, ale tak zostało ustalone. Kątem oka dostrzegła Syriusza znikającego za zakrętem i odetchnęła. Nerwowo zerknęła na zegarek. Była przed czasem i dobrze. Poprawiła spódnicę i wzięła kolejny dzisiaj nerwowy wdech. Żołądek zaplątał jej się w supeł jeszcze ciaśniejszy niż przed owutemami. Była wystraszona i podekscytowana a czas strasznie się dłużył i miała wrażenie, że siedzi już tam z godzinę.
- Coś podać?
Wzdrygnęła się, gdy kelnerka stanęła koło niej. Była w średnim wieku o krągłych kształtach, miała burze czerwonych włosów poskręcanych w drobne spiralki. Jej samopiszące pióro spoglądało na Ann znad notatnika. Za plecami kelnerki unosiła się taca z brudnymi filiżankami.
- Nie, dziękuję.
- Daj znak jak zmienisz zdanie. – Odeszła odsłaniając Ann widok na wejście, gdzie właśnie pojawił się mężczyzna. Nie mogła być pewna, że to jej tata, ale wszystko mówiło jej, że się nie myliła.
Gdy ją dostrzegł jego usta rozciągnęły się w ciepłym uśmiechu i ruszył w jej stronę. Ann wstała błyskawicznie ze swojego krzesełka. Fereol zdawał się być opanowany. Wziął delikatnie jej dłoń w swoje i przetrzymał trochę dłużej niż normalnie.
- Ann – powiedział. Jego głos był głęboki. – Tak dobrze cię w końcu poznać osobiście. Usiądźmy.
Poczekał aż Ann usiądzie, żeby sam mógł usiąść. McKartney spostrzegła trzy rzeczy – włosy miał czarne tak jak opisywała to O’Stappery, był dobrze i elegancko ubrany oraz oczy. Och, te fioletowe oczy tak dobrze jej znane.
- O co chodzi? – zapytał, marszcząc lekko czoło, ponieważ Ann przyglądała mu się intensywnie.
- Lucy ma takie oczy – powiedziała nieśmiało. – To znaczy moja siostra.
- Wiem kim jest Lucy – zapewnił i serce Ann oblało się ciepłem. Jej ojciec cały czas delikatnie się uśmiechał i koło oczu tworzyły mu się delikatne zmarszczki. – Miałem nadzieję, że ją też ją poznam.
- Bardzo chciałam ją zabrać, ale dziadkowie nie są tak optymistycznie nastawieni do tej sytuacji. – Nie chciała mówić, że to decyzja Lucy. Fereol prawdopodobnie wiedział, że Deana i Noah go nie lubią, ale nie chciała niszczyć relacji, która mogła zaistnieć między jej siostrą i ojcem.
- Ach, rodzice twojej matki… - westchnął. - Nigdy za mną nie przepadali. – Zapadła niezręczna cisza.
Ann przeniosła swój wzrok na ulicę. Co niby miała na to odpowiedzieć? Z opresji wybawiło ją donośne szczekanie. Koło donicy z krzakiem siedział duży czarny pies. Przekręcił łeb w bok, gdy Ann zwróciła na niego swoją uwagę i zamerdał ogonem. Zaskomlał i podreptał w miejscu po czym szczeknął jeszcze raz. McKartney zmarszczyła brwi.
- Jest twój? – zapytał Fereol, patrząc na psa z lekkim niesmakiem.
- Nie, pierwszy raz go widzę. Sio! – Machnęła ręką, gdy pies skoczył na barierki i oparł się na nich przednimi łapami.
- Lepiej uważaj – ostrzegł Fereol, gdy Ann niepewnie wyciągnęła rękę w kierunku zwierzęcia. Pies zaczął cicho popiskiwać i próbował ją polizać.
- Co, mały? Głodny jesteś – zagadnęła, cmokając do niego jak do małego dziecka. – Nie mam nic, przykro mi. – Wydęła usta, jakby chciała dać mu buzi. Pies nadstawił uszy i uskoczył w ostatniej chwili przed ścierką kelnerki, która przecinała zacięcie powietrze, gdy go zobaczyła.
Ann niezadowolona zmarszczyła brwi, ale nie odważyła się tego skomentować. Kelnerka poprawiła swoje loczki i z wyćwiczonym uśmiechem spojrzała na Fereola. Ann zauważyła, że nerwowo obraca swój pierścionek.
- W czym mogę pomóc? – zapytała tonem o wiele milszym niż wcześniej.
- Mają tu wyśmienite ciasto dyniowe. Co ty na to? – Fereol, zwracając na kobietę minimum uwagi, zapytał Ann, która ochoczo pokiwała głową z uśmiechem.
Samopiszące pióro zanotowało szybko zamówienie i kelnerka zniknęła we wnętrzu kawiarni, wcześniej dygając sztywno.
- Więc. – Fereol oparł brodę na zbitych w pięść dłoniach. – Opowiedz mi o sobie – powiedział, wwiercając w nią oczy.
- Nie wiem czy jest co – wydukała, nerwowo się uśmiechając. Nie pomyślała, że będzie chciał się dowiedzieć coś o niej. Była tak podekscytowana poznaniem ojca, że zupełnie nie zdawała sobie sprawy, że on będzie chciał poznać córkę.
- Na pewno jest coś. Twoja urocza nauczycielka, Emilia, trochę cię nachwaliła.
- Ciekawe, bo zazwyczaj douczała mnie z obrony przed czarną magią – wyznała trochę zawstydzona. Ratując sytuację, kelnerka wsunęła dwa talerzyki na stolik i się ulotniła. Ciasto dyniowe wyglądało apetycznie.
- To może zacznijmy od Hogwartu – zachęcił z pogodnym uśmiechem.


                        Możesz się do mnie
                        teleportować? Proszę.

James oparł swoją miotłę o ścianę domu i wskoczył do środka. To zdarzało się dosyć często. Evans miała gorszy dzień, łapała doła albo było jej źle i pisała do Pottera. W końcu po to Dorea przysłała do niej ich sowę, która praktycznie tam zamieszkała. On oczywiście zaraz do niej zasuwał bez względu na czas i okoliczności. Zmienił tylko koszulkę na czystą, krzyknął mamie, że wychodzi i już go nie było.
Aportował się w pokoju Evans, ślizgając na czymś i lądując na pupie. Usłyszał śmiech i podniosło go to na duchu. Od pogrzebu minęły dwa tygodnie i częściej można było ją zobaczyć nieobecną, ale chyba jeszcze się nie śmiała.
- Cieszę się, że jesteś – oznajmiła, targając mu włosy, gdy mijała go w drodze do szafy.
- Cieszę się, że się cieszysz. – Rozejrzał się i okazało się, że to na czym się poślizgnął było kurtka przeciwdeszczową leżącą na podłodze. – Lily, po co ci kurtka… i to wszystko? – zapytał, widząc, że jej ubrania i inne rzeczy są powyjmowane z szafek a szkolny kufer stoi otwarty. – Co się dzieję? – Zmarszczył brwi.
Ramiona jej opadły, cień uśmiechu zniknął.
- Petunia wyrzuciła mnie z domu.
- Co takiego? – James podszedł szybko do Evans i zajrzał jej w twarz, bo nie mógł uwierzyć.
- To znaczy, nie wyrzuciła. Powiedziała, że to moja wina, że rodzice zginęli, że ja wygrałam tę wycieczkę i to ja powinnam być tam wtedy w samolocie. Że uknułam wszystko, żeby mieć dom dla siebie – wyrzuciła na wydechu.
- Co za suka! Lil… - Mruknął przepraszająco, bo Lily przekręciła oczami, by się nie rozpłakać. Przytulił ją mocno.
- James, nie chcę tu dłużej mieszkać.
- To twój dom. Ona tu już nie mieszka, nie ma prawa…
- Nie chcę – powiedziała twardo. – Liczyłam, że pomożesz mi się spakować i znaleźć coś na Pokątnej.
- Nie ma mowy.
- Dziękuję ci bardzo. – Odsunęła się i teatralnie uderzyła go w ramię. Wrzuciła kilka bluzek do kufra.
- Pomogę ci, ale nie będziesz mieszkać w jakiś dziwnych miejscach. Przeprowadzam cię do mnie – oznajmił, odsuwając szufladę i biorąc w garść kilka staników. Evans sprawnie je przejęła.
- Nie ma mowy.
- Daj spokój, widziałem cię bez stanika, więc co złego w tym, że kilka ci spakuję?
- Nie ma mowy na mieszkanie u ciebie.
Potter wyjął resztę staników i włożył je do kufra. Wrócił po majtki.
- Nie zachowuj się jakbyś nie słyszał. – Skrzyżowała ręce.
- Czego?
- James!
- Lily?
- Rozmawialiśmy o tym.
Westchnął, zapakował resztę bielizny i podszedł do niej. Założył jej włosy za ucho.
- Przepraszam, że znowu nie proponuję ci własnego domu, który mogłabyś sama urządzić tylko pokój w domu u mojej mamy. Ale całkiem niedaleko mojego, obiecuję.
- Nawet nie wiesz czy się zgodzi – wymyślała. Musiała przyznać, że teraz zmieniła swój stosunek do Jamesa. Nie żeby wcześniej jej na nim nie zależało. Kilka razy udowodnił jej, że jest wart więcej niż każdy inny o nim myślał. Była pewna, że przy niej porzuca maskę Huncwota i cwaniaka. Był naprawdę kochany, czuły i opiekuńczy. Ostatnie przykre wydarzenia w jej życiu rodzinnym przekonały ją, że jest jedynym, który dawał jej ukojenie i jedyny, którego chciała widzieć. Oczywiście, że doceniała wizyty Dorcas i listy od Remusa, ale nie czuła się wtedy dobrze. Ciągle szukała czegoś, miała wrażenie, że coś jej umyka. I te uczucia znikały, gdy pojawiał się James. Wyobrażała sobie jak cudownie byłoby go mieć na wyciągnięcie ręki. Jak w Hogwarcie. W domu Potterów mogłoby być całkiem jak w Hogwarcie.
- Daj spokój. Zgodziła się na Syriusza to i na ciebie się zgodzi. I jak?
- O właśnie, ten to mnie już do końca znienawidzi.
- Syriusz cię nie nienawidzi! – zaperzył się. – A poza tym już z nami nie mieszka.
- A Melanie?
- A co ona ma do gadania? – Lily rzuciła mu spojrzenie. – Uwielbia cię, okej?
- Nie zauważyłam.
- Moja miłość ci nie wystarcza?
Uśmiechnęła się. Uniósł brew, czekając na odpowiedź.
- No nie wie…
- Zabieram cię do siebie – przerwał, machając różdżką. Przeróżne, ale należące do Lily rzeczy zaczęły zlatywać się do kufra i układać się w nim porządnie. Z dołu doszedł ich krótki krzyk - Petunia wciąż była w domu. James machnął drugi raz różdżką; kufer zatrzasnął się. Szybko złapał Lily w pasie i sprawnie teleportował ich oboje.
- To jest porwanie, ty podła świnio!
Dorea podskoczyła ze strachu. Łapiąc różdżkę wybiegła do przedpokoju. Stanęła jak wryta, gdy zobaczyła Lily, rzucającą niegroźne uroki na Jamesa, który zaśmiewał się w głos i chronił zaklęciem tarczy.
- CO tu się dzieje? – krzyknęła, rzucając niewerbalnie zaklęcie rozbrajające. Złapała ich obie różdżki. Uchyliła się przed zaklęciem, które posłała w nią Lily, gdy nieświadomie skierowała na nią różdżkę. Evans opadła szczęka. James wybuchnął jeszcze większym śmiechem. Zgiął się w pół, trzymając za brzuch.
- Lily będzie z nami mieszkać – oznajmił, podchodząc do matki i całując ja w policzek. – Cieszysz się? – Wykradł swoją różdżkę i puścił Lily oczko, gdy Dorea nie mogła zobaczyć.
- To nie był mój pomysł – wyrzuciła szybko Lily. – Zaraz wyjaśnię.
- Na to liczę. Chodź. – Wyciągnęła zapraszająco ramię, przyjmując wszystko zupełnie spokojnie. Lily pomyślała, że może James i Syriusz zahartowali ją na takie typu wydarzenia przez ostatnie kilka lat. – Wyglądasz jakby miał cię wiatr porwać, a ja jak zwykle mam za dużo jedzenia.
Lily nieśmiało przyjęła propozycję. Narobiła niezłego bałaganu swoimi głupimi zaklęciami i wolałaby to najpierw naprawić, ale nie śmiała się sprzeciwić.
Potter dosłownie wciskał w siebie kiełbaskę, gdy obie weszły do kuchni. Uśmiechnął się szeroko, kiedy Lily usiadła naprzeciwko, rzucając mu nienawistne spojrzenie.
- To czemu u nas mieszkasz? – zapytała Dorea, dostawiając przed Lily talerze i komplet sztućców. James posłał jej całusa za to, że użyła czasu teraźniejszego.
- Nie z własnej woli.
- Rozumiem, że ta „podła świnia” cię przymusiła, ale może gdy poznam powód też nie pozwolę ci wyjść. – Lily zaczerwieniła się na słowa Doreii, która przyjmowała wszystko tak spokojnie.
- Dzięki, mamo – powiedział cicho James, unosząc kciuk w górę.
- Nie chciał, żebym mieszkała gdzieś na Pokątnej, więc…
- Stanowcze nie! – wtrąciła się pani Potter. – Też się nie zgadzam, żeby dziewczyna mojego syna błąkała się po obcych ludziach, gdy u nas jest mnóstwo miejsca! – Rzuciła Lily surowe spojrzenie, a potem uśmiechnęła się do Jamesa i poklepała go po ramieniu.
- Pani Potter.
- Dorea, proszę.
- Doreo, naprawdę to doceniam, ale…
- Lily nie chce ze mną mieszkać – dokończył James.
Dorea zaśmiała się.
- Nie dziwię się jej. – Melanie pojawiła się w kuchni. Oczywiście miała na sobie tylko długą i za dużą bluzkę. Poczochrała Jamesowi włosy za co natychmiast się nachmurzył. Usiadła po turecku na krześle między Lily i Potterem, uśmiechając się szczerze do dziewczyny. – Nie wiem w ogóle jak wytrzymujesz z tym głupkiem.
- James jest kochany – odpowiedziała, uśmiechając się pod nosem. – Co nie zmienia faktu, że mam go czasem ochotę udusić.
Potter pokazał jej język.
- Czemu wyprowadziłaś się z domu? – zapytała beztrosko Melanie, przerzucając swoje długie włosy na plecy.
- Mel – syknął ostrzegawczo James.
Pani Potter nie skomentowała. Nie zamierzała naciskać, ale też chciała znać powód.
- Pokłóciłam się z siostrą. Właściwie to ona twierdzi, że zabiłam rodziców, żeby mieć dom dla siebie. – Rzuciła się na kubek z herbatą i wypiła pół jednym haustem.
- Rusza cię to? – Melanie zmarszczyła brwi. Ton głosu wskazywał na rozmowę o pogodzie.
- Trochę.
- Kochanie, wiesz, że to nieprawda. Nie zajmuj sobie tym głowy. – Dorea uścisnęła jej dłoń.
- To moja siostra – powiedziała, jakby to wszystko naprawiało. – Tylko ona mi została – dodała ciszej, szarpiąc nitkę przy bluzce.
- Lil. – James kucnął koło niej. – Wciąż masz nas. Jenny i Dorcas. I nawet chłopaków.
Evans uśmiechnęła się trochę, mając szkliste oczy. Pogłaskała go po głowie.
- Wiem – szepnęła.
Melanie popatrzyła na Jamesa, jakby zobaczyła smoka tańczącego przed nią na stole. Chciała oprzeć głowę na rękach i wydać z siebie przeciągłe „och”. Dorei zakręciła się łezka w oku.
- Więc, co powiesz na to, żebyś wybrała sobie pokój? – James wstał, łapiąc ja za rękę i prowadząc na górę. 


Tytuł jest cytatem z mojego ukochanego Supernatural, ale wyjątkowo mi tutaj pasował ;)